Rzecz o pewnej sytuacji, która niby codzienna, ale powoduje, że „otwiera się nóż w kieszeni”. W roli głównej obywatel RP i Straż Miejska dbająca by żyło mu się lepiej.

Przyjaciel napisał piosenkę. Refren leci jakoś tak: …coś tam coś tam… kocham ten kraj. Ale co ja tu będę – numerem tym Golec uOrkiestra wygrała koncert Premier w Opolu.

Ale dlaczego ja w ogóle o tym. Na pewno nie po to by lansować ten numer. Ano dlatego, by pokazać za co ja „kocham ten kraj”

Dość czytelna staje się ostatnio polityka Państwa polegająca na stwarzaniu ograniczeń, by potem mieś pretekst do karania obywateli za ich łamanie. Choć nie aspekt kary jest tu najważniejszy. Bo istotniejsze wydaje się być napełnianie dziurawej państwowej kasy. Wtedy okazuje się, że Państwo nawet woli karać obywateli, niż ich edukować, czy działać profilaktycznie. Im częściej obywatelu „złamiesz prawo” tym bardziej dołożysz się do ratowania swego Państwa. Ale nie chce tu o radarach, o których już głośno było. Skupie się na sobie – to mi najlepiej wychodzi 😉

Otóż miałem ostatnio sytuacje, o której zwyczajowo się mówi: „nóż się w kieszeni otwiera”.

Od ponad dwóch lat parkuje człowiek (w tym przypadku, i w dalszych słowo „człowiek” oznaczać będzie osobę narratora) na Powiślu, gdzie mieszka. Często szukanie miejsca to niemal walka na noże. Gdzie nożem bywa spojrzenie innego kierowcy, staruszki przechodzącej akurat chodnikiem, gdy człowiek na niego wjeżdza. wzrok, który zabija, do tego burkanie pod nosem. Nie trzeba czytać z ust by się domyślić jaka wiązanka leci wtedy z ust tej zmęczonej życiem, domagającej się szacunkiem budowniczej Polski Ludowej, która jest obecnie na moim utrzymaniu. Autor zastosował tu przenośnię, nie chcąc pisać wprost o instytucji na literę Z, bo temu pewnie poświęci inny wpis, a irytacji przy obecnym temacie jest aż nadto, więc kolejna dawka na tę chwilę potrzebna nie jest.

Wracając jednak do opisywanej sytuacji. Parkuje człowiek od dwóch lat w stałych miejscach. Szanuje innych kierowców – nie zajmuje dwóch miejsc, jak to czynią niektórzy „bardziej ważni”. Szanuje przechodniów – jeździ z metrem i mierzy czy jest owe 1,5m chodnika, by mogła spokojnie przejść staruszka z siatkami z Biedronki, tudzież kobieta z wózkiem – i tu ironii nie ma, bo człowiek sam takie momenty w życiu miał i wie jak ciężko przejechać z wózkiem po chodniku, na którym parkują samochody. Aż tu nagle pewnego dnia widzi człowiek żółte coś na kole swojego samochodu. Podchodzi doń. Ogląda miejsce, mierzy ponownie odległość wolnego miejsca na chodniku. Jest nawet 2 m. Obok przystanek, ale 15 m do niego stoi samochód. więcej –  obok, bliżej przystanku stoją samochody – żadne nie ma blokady, nawet bileciku za wycieraczką. Pojawia się w głowie myśl – nie odpuszczę draniom. O nie, kurcze nie będzie Państwa w Państwie.
Dochodzi do konfrontacji. Przyjeżdzają, chciałem napisać „smutni panowie”, ale trzymając się faktów, musze przyznać, że całkiem sympatyczni strażnicy miejscy. Mój plan więc musiałem na szybko w głowie przekonstruować. Od słowa do słowa, po okazaniu empatii dla Panów, zozumienia jak trudna i niewdzięczna prace muszą wykonywać, doszliśmy w końcu do sedna. Człowiek zaparkował w miejscu, gdzie teoretycznie obowiązywał zakaz zatrzymywania. Więc wina jest. Jest też i kara. Zgoda. Tylko ja się pytam, czemu pozostałe samochody stające na tym samym zakazie kary nie musiały ponieść? Może dlatego, że ich numery rejestracyjne zaczynały się na literę „W”. W moim aucie są natomiast wożone słoiki. To jedno. Drugie, że organ powołany do tak odpowiedzialnych i tak znaczących dla budżetu miasta – Straż Miejska, dostał wezwanie. Otóż teraz moi drodzy to wygląda tak – możecie sobie zadzwonić na Straż Miejską z byle pierdołą. Dajmy na to, macie swoje ulubione miejsce parkingowe. Nagle ktoś na nim staje. Wasza analiza sytuacji wykazuje, że na przykład samochód zostawił za mało miejsca z boku na otwarcie drzwi czyli na komfortowe i bezpieczne opuszczenie swojego pojazdu. A Wy macie na przykład coupe, którego drzwi mają szerokość dwojga normalnych drzwi. Otóż po takim wezwaniu Straż Miejska musi interweniować. No bo obywatelowi źle się dzieje. Przyjeżdżają i karzą mandatem, albo nawet blokadą tego niewdzięcznika, który Wam zajął miejsce. Już nigdy tego drań nie zrobi!

Metoda wydaje się skuteczna, bo ja na tym miejscu już pewnie nie stanę. Mimo, że stawać tam będą inne pojazdy – bo tak było, jest i będzie. Mimo znaku, który swoja drogą jest w miejscu tym zupełnie zbędny. I tu od razu mi do głowy przyszedł ciekawy patent, choć tak naprawdę zresztą już wykorzystywany nagminnie przez nasze Państwo do łatania dziury budżetowej. Postaw znak zakazu w miejscu, w którym jest on nie potrzebny i od razu zbuduj zatoczkę dla wozu policyjnego – pewny interes. Co dzień wysyłasz funkcjonariuszy z duuuużym plikiem druczków mandatów i po miesiącu wpada niezła sumka. W sumie to nawet i tańsze od fotoradaru – funkcjonariusze i tak są na etacie. Poza tym o fotoradarze trzeba informować odpowiednim znakiem. Bez sensu. Lepsze takie ograniczenie do 100 km/h na nowo wybudowanej drodze szybkiego ruchu, z dwoma pasami. Jaki obywatel jeździć tam będzie 100 na godzinę?

Dochodzimy do sedna. Kocham ten kraj, gdzie tak się respektuje żale obywateli. Emerytce przeszkadza nie wiedzieć nawet czemu, biały samochód – wzywa Straż Miejską. Ta skoro jest wezwanie, nie może dać zwykłego mandatu. No bo też przecież i stawki mandatowe niższe. A tak założymy blokadę. Jak jest blokada, po wezwaniu, no to trudno skończyć na upomnieniu – min stówka zasili budżetówkę.

….a może Ci życzliwi mają jakiś deal z odpowiednimi organami? Dzwonią, informują, wzywają. Funkcjonariusze potem mogą być niewinni – Pani, my tak od siebie to naprawdę rzadko interweniujemy. Ale tu Panie, wezwanie było…

Kocham ten kraj. Przyjaciel, który napisał tę piosenkę dla Golców też pewnie kocha. Ale inaczej. Bo aktualnie przeprowadza się do Niemiec…

Dodaj komentarz